Nieskromnie mówiąc, zjeździliśmy już prawie wszystko gdzie się dało jeździć na nartach w Azji Środkowej. Została nam jeszcze Turcja i Mongolia ale jedno trochę zbyt komercyjne (a my póki co zbyt młodzi) a drugie zbyt mroźne (za starzy jesteśmy na -30C). Tak więc wypadło tym razem na Uzbekistan. Dlaczego? Przyczyn jest kilka ale chyba główna jest to, że jest tam dużo rzeczy do zwiedzania i zobaczenia, a po Azerbejdżanie, mieliśmy pewien niedosyt zwiedzania… A teraz okazało się, że Uzbekistan zainwestował w zimę i zbudował sobie jeden ośrodek narciarski – Amirsoy. Nie jest to imponujące, jedna gondola, dwa krzesła i kilka tras ale zawsze jest pretekst aby pojechać.
Wrażenia po pobycie mamy raczej ambiwalentne. Z jednej strony zwiedzanie – wspaniałe i bardzo ciekawe. Logistycznie nie tak łatwe do ogarnięcia bo kraj duży ale warte zachodu. Z drugiej strony narciarsko, raczej niedosyt. O tyle nie zbyt przykry bo w sumie oczekiwany. Ośrodek Amirsoy, organizacyjnie bardzo dobrze zaplanowany i zrealizowany. Jednak raczej dla bardzo bogatych ludzi i jednak na sześć dni jeżdżenia to nie bardzo było co tam robić.
Pobyt mieliśmy, jak zwykle, ”łączony” trochę zwiedzania i trochę narciarstwa. Te trochę to było 5 dni zwiedzania i 6 dni narciarstwa.
Zwiedzanie
Kraj jest wielki i ma dużo ciekawych rzeczy do zaoferowania lecz z racji tej wielkości, skupiliśmy się na absolutnych „must see” nie wybiegając za bardzo poza utarte szlaki turystyczne.
Tak więc, zaczęliśmy od Chiwy. To taki Uzbekistan w pigułce. Wszystkie zabytki skupione w jednym miejscu, w wewnętrznym mieście, otoczonym murami. Największe atrakcje to Kuhha Ark, Pakhlavan Makhmoud Mausoleum i Khoja Minaret. Do tego meczet Juma Mosque, pałac Tash-Khauli Palace I dowolne jedna lub dwie medresy. Nocleg mieliśmy w hotelu (Sheherzada boutique hotel Islom Hodja 35, 600200 Chiwa) położonym również wewnątrz murów, a więc wszystko było do zobaczenia na piechotę. Tradycyjnie do Chiwy leci się wewnętrznymi liniami z Taszkientu (około godziny) lub jedzie pociągiem (całą noc) do pobliskiego Urgencu i stamtąd transportem okazjonalnym (bus, taxi) do Chiwy. Myśmy dla zaoszczędzenia czasu zamiast lecieć lotem do Taszkientu i się przesiadać do Chiwy, wybrali Turkish Airlines z Warszawy (przez Istambuł) bezpośrednio do Urgencu. Przy okazji, celowo planując dłuższy czas na przesiadkę w Istambule, wykorzystaliśmy ofertę Turkish Airlines „Visit Istanbul” i w czasie oczekiwania na lot daliśmy się obwieść po Istambule tureckim linio lotniczym. Całkowicie gratis przez sześć godzin (włącznie z posiłkiem) zobaczyliśmy Istambuł w pigułce. Myślę, że warto było, szczególnie jak ktoś był pierwszy raz w Istambule.
Drugie miejsce na naszej liście to była Buchara. Można by się do niej dostać pociągiem, ale w sumie wygodniej i szybciej było busem. Po drodze zwiedziliśmy jeszcze kilka zapuszczonych twierdz, „spa” z jurtami i poobcowaliśmy z dzikim wielbłądami. Głównym powodem do odwiedzenia Buchary to kompleks Po-i-Kalyan, centrum religijne Uzbekistanu. Do tego mauzoleum Samanid, twierdza medresa Qo’sh. Madrassah oraz Chor Minor, którego zdjęcie zdobiło okładkę przewodnika Lonely Planet. W sumie wycieczka na cały dzień. Drugi dzień, to podróż na dworzec kolejowy okraszona zwiedzaniem atrakcji w okolicy Buchary. Tymi atrakcjami były: nekropolia Chor-Bakr, letni pałac emira oraz kompleks Baha-ud-din Naqshband Bukhari, jedno z najświętszych miejsc Islamu w Uzbekistanie. Przewodnik twierdził, że muzułmanina, którego nie stać na pielgrzymkę do Mekki, może ją „zastąpić” pielgrzymką do tego kompleksu. Tak jak pierwsze i ostatnie miejsce są warte zobaczenia i w sumie typowe dla Uzbekistanu, tak używanie przymiotników „piękny” czy „zachwycający” w odniesieniu do letniego pałacu emira i otaczającego go parku, jest mocno na wyrost… Nocleg w Bucharze, w hotelu Voilda boutique Khuzha Porso Str. 1, 200118 Buchara, mogę spokojnie polecić, centralne położenie, ujmujący wystrój i sensowne ceny (90zł/osobo nocleg).
Podróż pociągiem, przypominającym TGV, miała zanieść nas w zawrotnym tempie 300km/h do Samarkandy. I w sumie zaniosła, komfortowo i szybko ale do 300km brakło jej co najmniej połowy… Trzeba pamiętać, żeby sobie ewentualnie zarezerwować miejsca z góry bo od ręki raczej kupić trudno. Bilety w sumie niedrogie, za trasę z Buchary do Samarkandy i potem z Samarkandy do Taszkientu (razem jakieś 600km) zapłaciliśmy około 140zł.
Samarkanda – miasto, może ma inne ciekawe miejsca, ale w sumie zwiedzenie Registanu, mauzoleum Timura Gur-e-Amir, meczetu jego żony Bibi-Khanym Mosque i cmentarza Shah-i-Zinda to esencja Samarkandy i gwarantuje wystarczająco emocji. Wszystkie miejsca w odległości godzinnego spaceru więc łatwo je zobaczyć. Szczególnie polecam dodatkowy spacer wieczorem do Registanu aby zobaczyć jego ciekawe nocne podświetlenie. Podobnie też mauzoleum Timura. Kicz jest czasami bardzo interesujący sam w sobie i daje dużo do zrozumienia o mentalności społeczeństwa. Tak więc koniecznie pójdźcie na obiad do najbardziej kiczowatej i jednocześnie prawdziwie uzbeckiej restauracji Karimbek. Polecam wcześniejszą rezerwację.
Taszkient – ostatni przystanek zwiedzania. Szczerze mówiąc, gdyby nie ładne stacje metra to niewart zwiedzania. Tak jak ładne są niektóre stacje metra to lotnisko, jest najgorszym jakie kiedykolwiek widziałem w swoim życiu, a widziałem wiele poczynając od mega portu w Babimoście aż po Heathrow, Pekin czy Changi. Zróbcie wszystko aby Wasz pobyt na nim był jak najkrótszy. A wracając do metra, polecam zwiedzanie go bez bagaży, bo przy całej jego urodzie, schody ruchome jakoś się nie zmieściły w projekcie. Najładniejsze stacje to chyba Chilonzor, Alisher Navoiy, Toshkent, Kosmonavtlar, Ozbekiston i Mustaqilliq Maidoni. Również bazar Chorsu jest przereklamowany.
I wreszcie narty.
Amirsoy jest praktycznie dla bogatych i bardzo bogatych. To takie ichnie Zakopane. No, może z wyjątkiem samego wyciągu. Dzienny ski pass kosztuje od 90zł (emeryci i dzieci) do 130 zł. Pod samym wyciągiem mieści się wioska bungalowów i hotel (nie wszystko jeszcze jest gotowe) gdzie nocleg kosztuje od 350zł za osobę. Wypożyczenie nart dziennie około 150zł, narty są okropne a buty tak „wyjechane”, że trudno opanować kierowanie nartami. My znaleźliśmy sobie hotel „na dole” około 20km od ośrodka, Green Canyon. Tłoku nie było, dobra kuchnia, opiekuńczy personel i tylko 130zł od osoby. Nadal niezbyt tanio jak na Uzbekistan, ale to ich takie uzdrowiska pod Taszkientem (70km) więc ceny odpowiednie dla tego miejsca.
Samo jeżdżenie nie stanowi specjalnego wyzwania a dwa wyciągi i cztery trasy narciarskie o poziomie między niebieskim a czerwonym nie stanowią wyzwania. Ale egzotyka bez wątpienia. Restauracje pod wyciągiem sympatyczne ale z blichtrem mającym uzasadniać ceny, choć całkowicie nie pasującym do nastroju narciarstwa. Widać, że większość ludzi przyjeżdża tam nie na narty ale żeby przejechać się kolejką na szczyt, zrobić fotkę i zjechać.