Narty w Rumunii – dlaczego nie do Sinai? Powodów jest kilka, niektóre za ale chyba głownie przeciw. Pierwsze kłopoty pojawiły się już podczas przyjazdu. Do Sinai pozostało 20km a nawigacja pokazuje przeszło 2 godziny. Niestety nie był to błąd tylko piątkowo-wieczorny korek na dojeździe do Sinai od strony Braszowa. Później gospodarze tłumaczą nam, że tak jest co weekend, czego wolimy raczej nie sprawdzać… Mamy wynajęty bardzo ładny dom na uboczu Sinai, ale w sumie nie za daleko, pół godziny spaceru do centrum albo przez park do słynnej atrakcji Sinai, pałacu Peles, który swoją drogą, jest zdecydowanie wart odwiedzin. Cała Sinaia to takie skrzyżowanie Zakopanego z Karpaczem, urody i atrakcji w tym tyle co w Karpaczu a tłumy jak w Zakopanym. Ale wracajmy do nart.. Cytując https://www.skiresort.info/ski-resort/sinaia/: „Sinaia to największy ośrodek narciarski w Rumunii, znany również jako Perła Karpat. Jest malowniczo położony w górach Bucegi, w Karpatach Południowych, nad doliną rzeki Prahova. Ośrodek narciarski Sinaia obsługiwany jest przez wysokiej klasy kolejki linowe i gondole, które szybko zabierają na śnieżny płaskowyż na wysokości ponad 2000 metrów nad poziomem morza. Tutaj, ponad linią drzew i często ponad chmurami, można podziwiać wspaniałą panoramę i wybierać spośród szerokich tras idealnych do spokojnej jazdy na nartach, skąpanych w popołudniowym słońcu. Osoby wybierające się na wschód, w kierunku Sinai, powinny mieć bogate doświadczenie w jeździe na nartach lub snowboardzie, ponieważ do doliny prowadzą tylko bardzo wymagające stoki, a także trasy narciarskie i trasy poza trasami dla freeriderów. Początkującym najlepiej zjechać z powrotem do doliny wygodną kolejką gondolową.” Tłumacząc to na nasze, to cały ośrodek to tak naprawdę jedna góra, na którą można wjechać dwuodcinkową gondolą startującą w górnej części miasta albo wagonikiem wyglądem przypominjącym kolejkę z filmu „Tylko dla orłów” z centrum. Opcji z centrum nie próbowaliśmy bo raz drogo, dwa nie wliczona w cenę karnetu a trzy trudno by tam zaparkować. Parkowanie to inna historia, ale o tym za chwilę. Wracając do stoków. Po wjeździe na szczyt mamy rozległą równinę na wysokości około 2000m n.p.m. Na niej kilkanaście prostych, szerokich, niezbyt długich i zdecydowanie łagodnych stoków obsługiwanych przez dwa wyciągi krzesełkowe i jeden orczyk. Mimo szczytu sezonu na stoku w sumie tłoku nie ma, choć w kolejce do wyciągu trzeba poczekać czasami i 10 minut. Wrażenie jest takie jakby większość narciarzy właśnie stała w kolejce do wyciągu… Na stoku raczej zjeść się nie da, jest jedna restauracja, jeden bar a’la alpejska chata i jeden bar kontenerowy. Również z toaletami podobnie. Restauracja jest przy górnej stacji gondoli i tam nie ma czego szukać, bo duża część osób wjeżdża na szczyt bez nart, jak na Kasprowy, podziwiać widoki i wejść do tej właśnie restauracji. Pozostałe dwa bary to tylko napitki, jakieś przekąski i toalety. Pozostaje jeździć na nartach i opalać się… Widać, że było tam kilka starszych wyciągów ale pozostały po nich tylko słupy. Zasadniczo plan działania na dzień to wjazd na górę gondolą, bujanie się na szczycie i powrót na dół. Nie ma opcji zjechania na nartach na sam dół, trasa prowadzi tylko ze szczytu do stacji pośredniej. Dalej w dół gondolą. Co prawda kilku naszych kolegów zjechało na sam dół, ale mimo dość dużych opadów śniegu, była to raczej walka o przetrwanie na wąskiej ścieżce pełnej przeszkód, której przeznaczeniem na pewno nie było wożenie narciarzy… Na szczęście skończyło się tylko jednym bolesnym upadkiem. Ze szczytu można zjechać zatem tylko do stacji pośredniej ale i ten zjazd jest raczej tylko dla umiejących jeździć i nie lubiących wygodnych tras. Na stronie wschodniej, wzdłuż gondoli jest jedna trasa czerwona prowadząca ze szczytu do stacji pośredniej oraz jedna lub dwie trasy czarne, które są nie utrzymywane, są permanentnie zamknięte i dostępne tylko dla odważnych desperatów, których z resztą nie ma zbyt wielu. Trasa czerwona, pozostająca jako jedyna alternatywa dla zjazdu gondolą jest w sumie wąską wijąca się serpentyną dojazdówką, często oblodzoną zatłoczoną z kilkoma skrótami oznaczonym na czarno. W sumie, żadna przyjemność… Tak więc powrót na dół, wymaga zdecydowanie więcej umiejętności jazdy na nartach niż stoki na szczytowym płaskowyżu. Pewnie dlatego dużo ludzi, rozsądnie, wybiera zjazd na dół gondolą od samej góry. Skorzystanie z tych atrakcji wymaga jeszcze dostania się tam z miasta i tu też są „schody” i wspomniany wcześnie problem parkowania. Najlepiej chyba podjechać autobusem, ale nie jest to żadne skibus tylko normalny autobus liniowy, dwie trasy, które jadą z miasta pod wyciąg. Myśmy mieli minibusa, którym dojeżdżaliśmy z naszej kwatery, w sumie 4-5 km jazdy ale clou programu to zaparkowanie. Parking koło wyciągu jest mały, raptem na kilkadziesiąt aut i jak przyjeżdżaliśmy około 10-tej to był zawsze cały zapchany. Pozostaje druga część parkingu, którą są miejsca na poboczu jednokierunkowej drogi prowadzącej pod wyciąg i dalej z powrotem do miasta. Tu mieści się dużo więcej aut ale i tak raz załapaliśmy się na prawie ostatnie dostępne miejsce. Oznaczało to przeszło kilometrowy spacer w butach narciarskich, z góry i pod górę aby dojść z powrotem do dolnej stacji gondoli. Jedna z najmniej przyjemnych części dnia, z perspektywą jej powtórzenia przy powrocie… Są oczywiście jeszcze taksówki, jest ich dużo ale ponieważ nas było siedmiu to nie sprawdzaliśmy ile kosztują. Jedyna pociecha, to że ten parking kosztował tylko około 25zł za dobę.
Reasumując, mamy ośrodek narciarski, topowy w kraju, przez to dość zatłoczony, ze stokami dla początkujących i średnio jeżdżących, z wyjątkiem trasy powrotnej wzdłuż gondoli, kilka wyciągów liczonych na palcach jednej ręki. Ceny są takie mniej więcej jak u nas. Karnet dzienny to około 200 zł, dla emerytów 150 zł. Picie na stoku na pewno taniej niż w Zakopanem czy Karpaczu. Obiad w knajpie to około 50 zł od osoby, no chyba, że chcemy delektować się daniem z niedźwiedzia, to wtedy za taki gulasz płacimy 100 zł. Sklepy jak u nas, jeden duży supermarket w centrum, ceny jak u nas, ale duży wybór pysznych win mołdawskich po około 20-50 zł za butelkę zależnie od marki. Najdroższe oczywiście Purcari. Uwaga, nie ma bezpłatnych parkingów koło supermarketu, godzina 8 zł.
Na koniec, w sumie dość ważny, choć raczej nie przewidywalny element – pogoda. Przez siedem dni jakie tam byliśmy na nartach mogliśmy jeździć tylko cztery dni bo w pozostałych tak wiało, że wszystkie wyciągi były nieczynne. I jak sprawdzaliśmy nie jest to odosobniona sytuacja. Warto się zastanowić czy sensowne jest w takiej sytuacji kupowanie karnetów wielodziennych. Dni, które wyciąg nie chodzi się nie liczą w „życiu karnetu” i można go wykorzystać na następny dzień, ale nie ma gwarancji czy takowy się pojawi zanim wyjedziemy. Można planować w razie wiatru pojechanie do pobliskiej Poiany Brasov, tylko 20 km ale niestety może to oznaczać 2-3 godziny sterczenia w korku. Myśmy te wolne dni spędzili na zwiedzaniu pałacu Peles, pobliskiej kopalni soli czy też słynnego zamku Drakuli – Bran. W sumie ten ostatni wypadł najbladziej, przereklamowany i zatłoczony.