To było 20 lat temu, jeszcze w ubiegłym wieku. Polska dopiero co zaczynała aspirować do grona państw europejskich a polscy narciarze jeszcze nie za bardzo śnili o jeżdżeniu poza Polską czy Czechami. A tu nasz niemiecki kolega Friedolin, zaproponował wyprawę w Alpy austriackie. Znając nasz niewielki potencjał finansowy zorganizowaliśmy sobie nocleg w agroturystycznym gospodarstwie w małej wiosce Tobadil, położonej z dala od wyciągów. Jednak jej położenie było na tyle strategiczne, że była w miejscu gdzie kończy się autostrada A12 i rozdziela się na trzy lokalne drogi prowadzące to najbardziej znanych ośrodków narciarskich:
-
-
-
- Sankt Anton i Lech
- Ishgl i Galtur
- Ladis, Fiss i Zerfau
-
-

Dzięki temu strategicznemu położeniu mogliśmy codziennie wypróbować inny ciekawy ośrodek narciarski. Nie zawsze pogoda nam dopisywała, nie zawsze warunki były sprzyjające. To właśnie podczas tej wyprawy, a konkretnie w Sankt Anton, Grzesiu zapytał Rojeczka: „Czy to, że oprócz nas nikt więcej nie jedzie tą kolejką coś oznacza?”. Oj oznaczało, oznaczało. A konkretnie oznaczało, że nie ma za wielu wariatów, którzy w mgle ograniczającej widoczność do czubków nart i kopnym śniegu chcieliby się spuszczać z Schindler Spitze.