I znowu 6 godzin pociągiem do Wałbrzycha, żabi skok do Austrii, Seefelden i upojny wieczorek towarzyski. Ale najpierw pojechaliśmy na zawody w skokach narciarskich do Bischofshofen. Ostatni konkurs z cyklu Turnieju Czterech Skoczni w sezonie 2010/2011. I była to prawie ostatnia okazja aby zobaczyć na żywo naszego orła z Wisły, Adama Małysza. Zawodów co prawda nie wygrał, było 10 w Bischofshofen i 6 w klasyfikacji generalnej ale dostał takie brawa od publiczności jak nikt inny. Założę się, że paru uczestników naszej wyprawy do dzisiaj nie wie, że Małysz już nie skacze…:)
My też rzuciliśmy się bić rekord skoczni i chyba nam się udało. Najmłodszy z naszych uczestników ustanowił rekord 4,49 ‰, i to jeszcze w serii próbnej. We właściwym konkursie nie startował już, bo się skala w urządzeniach pomiarowych skończyła. Taka lipna austriacka robota. Dokumentujące to osiągnięcie zdjęcie jest niestety trochę nieostre (choć czytelne) tak samo jak nieostry był fotograf…