Bułgaria – Bansko

  • Termin:4 - 13 marca 2022
  • Miejsce:Bansko

Wszystkie niebiosa i ziemia sprzysięgły się przeciw nam i naszemu wyjazdowi w tym roku. Najpierw, ciągnący się za nami już od dwóch lat COVID a na ostatnia chwilę kładąca się cieniem nad wszystkim wojna na Ukrainie. Przez COVID i niepewność, tego jakie będą obostrzenia i możliwości, postanowiliśmy nic nie planować. Ustaliliśmy tylko, termin, i że jedziemy samochodem, tylko w Europie, aby móc zrezygnować, nawet w ostatniej chwili. Zebrało nas się do wyjazdu 6 kolegów i w związku z tym postanowiliśmy wypożyczyć busa. Miłe autko, dla sześciu pełen komfort podróży, dużo miejsca na bagaż a koszt tylko 1200zł za cały okres. Wstępny plan to Bałkany, z opcją wyboru w ostatniej chwili między Serbią a Bułgarią. Jak już udało się nam uzbierać komplet chętnych, to Putinowi odbiła kompletna palma i napadł na Ukrainę. Taka wojna i to zasadniczo na naszym progu to był szok. Zrobiła się z tego duża burza mózgów i dyskusja, która w pewnym momencie doprowadziła do decyzji o rezygnacji z wyjazdu. Jednak, po chwili ochłonięcia, i ponownym namyśle, czterech z nas postanowiło jednak pojechać. Maciej i Piotr postanowili zaopiekować się domem  i rodziną w tej niepewnej godzinie.

Do tego problemu, dołożyła się jeszcze niepewność co do losów naszej przyjaciółki z Odessy – Julii. W ostatniej chwili przed naszym wyjazdem zdecydowała się uciekać z Odessy i skorzystać z mojego zaproszenia do schronienia się z rodziną w Dormowie. Już miałem też zrezygnować z wyjazdu, ale okazało się, że jej podróż, ze względów logistycznych i zawodowych, potrwa kilka – kilkanaście dni tak więc zdążyłbym wrócić, choć i tak lokum było przygotowane. A więc, 4 marca jednak wyruszyliśmy. Bus był już wynajęty, więc na nas czterech to był bardziej niż komfort – każdy miał swoją ławkę….

Ruszyliśmy na południowy wschód, kierując się do Serbii. Po drodze jechaliśmy przez Słowację i Węgry. Na granicy UE, przy wjeździe do Serbii, niestety zmarnowaliśmy dwie godziny czekając na odprawę, od której się już trochę odzwyczailiśmy. W efekcie na noc stanęliśmy w Serbii, w Sremski Karlovici – miejsce sławne z win i winnic, miejsce, które mile wspominaliśmy z naszego poprzedniego przystanku w 2019, w drodze powrotnej z Kopaonika. Meta skromna, ale czysta i schludna, choć bardzo zimna, za 65zł/osoby. Za to kolacja przepyszna w barze na rynku z kilkoma kieliszkami wybornego lokalnego wina za 50zł/osoby.

Rano ruszamy dalej, zostało nam jeszcze 600km, bo jesteśmy już raczej zdecydowani jechać do Banska. W Kopaoniku byliśmy, w końcu, raptem 3 lata temu. Na miejsce dojeżdżamy dość wcześnie, jeszcze za dnia, co jest o tyle istotne, że nie mamy nic zarezerwowanego i musimy poszukać stosowne lokum. Najpierw sprawdzamy Booking, ale podawane tam odległości od wyciągu są mylące, bo podane w linii prostej do dolnej stacji wyciągu i nie wiadomo, czy pod górę, czy z góry i ile trzeba kluczyć bo całe Bansko zimowe to zbudowana wokół dolnej stacji wyciągu osada bloków, knajp, sklepów, ciasno i gwarno jak w Zakopanem na Krupówkach. Wygląda na pierwszy rzut oka, jak i później się potwierdziło, że Bansko to meta głównie dla młodzieży, gdzie poranne zajęcia to nie jeżdżenie na nartach ale powroty z imprez do domu lub leczenie kaca… Dużo też Brytyjczyków, dla których to są bardzo tanie wczasy na nartach. Ale wracając do naszych poszukiwań, zarzucamy opcję Bookingu i startując spod wyciągu próbujemy różne kierunki pieszo aby znaleźć dogodnie położony hotel lub apartament. Po, dosłownie kilkunastu minutach, nasz wybór padł na Comfort Aparthotel (http://comfortaph.com/) . Lokalizacja super, ski-in i ski-out. Kilkupiętrowy hotel z apartamentami wyposażonymi w małą kuchnię, łazienkę i salono-sypialnię. Dodatkowo, narciarnia, sauna, winda i miła recepcjonistka. Okazuje się, że sytuacja na Ukrainie nam z lekka pomogła, gdyż wielu Rosjan odwołało przyjazdy i dostaliśmy dwa apartamenty na samej górze. Cena na początku miała być 80 lewa ale jak zdecydowaliśmy się zostać na cały czas naszego pobytu i zapłacić gotówką to wyszło jakieś 75 lewa za pokój czyli, na nasze, 95zł/osoby za dzień ze śniadaniem, które mimo iż dość monotonne, to jednak bardzo obfite i wystarczało z reguły do powrotu z nart.

Sam ośrodek narciarski Bansko, to wg przewodnika,  położone na wysokości 990 m–2 600 m , 75 km tras narciarskich, w tym łatwe: 42% , średnie: 50%  i trudne : 6% .  14 wyciągów narciarskich (jeden Czarna Mogiła, nieczynny od paru lat, lecz sądząc po nazwie może i lepiej, że nieczynny) w tym wyciągi krzesełkowe – 8,  gondole – 2 (a właściwie to ½ + ½ ) do tego jeszcze 3 wyciągi orczykowe.

Co do warunków narciarskich, byliśmy w połowie marca, widać było, że pełnia sezonu narciarskiego, pełno ludzi na ulicach, lecz na stokach tej pełni widać nie było. Szczególnie w porannych porach, jak młodzież odsypiała nocne apres-ski, było luźno. Do tego pewnie rękę też przyłożyła pogoda. Pierwsze trzy dni padał gęsty śnieg, którego ratraki nie były stanie rozgarnąć a jeżdżenie w kopnym śniegu nie każdemu jest w smak. Do tego przyszedł tęgi mróz, nawet do -18C na górnym odcinku, co przy wietrze i dużej szybkości powodowało, że włosy zamarzały pod kaskiem a mózg się ścinał… To razem, zapewne powodowało, że dużo więcej ludzi było na chodnikach i w knajpach niż na stokach. Jednak pewnym mankamentem tego ośrodka, o czym boleśnie się przekonaliśmy w pierwszy dzień, jest fakt, że całość narciarstwa jest skupiona na pośredniej i górnej stacji gondoli, którą wszyscy muszą choć raz, rano wyjechać na górę. I to rano było krytyczne, w pierwszy dzień nieświadomi problemu, wyszliśmy na narty dopiero koło 10-tej a tu, kolejka do gondoli na dole wyglądała jak kolejka do kolejki na Kasprowy w szczycie sezonu. Prawie dwie godziny stania, co prawda nikt się nie wpychał, miła atmosfera (oprócz padającego śniegu), ale zawsze trzeba było swoje odstać. Na następny dzień, bogatsi o doświadczenia dnia poprzedniego, wysłaliśmy forpocztę do kolejki wcześnie, jeszcze przed startem wyciągu a reszta miała dojść za chwilę. I tu niespodzianka, okazało się, że wczorajszy tłok był spowodowany niedzielą, a w poniedziałek kolejka była raptem na kilka minut, poszła szybko i reszta nie zdążyła dogonić forpoczty, i Zyga nam się zgubił…

Ceny wyciągu: dzienny karnet 79 lewa = 200zł, popołudniowy (od 12-tej) 54 lewa = 140zł, karnet 7-cio dniowy w sumie dawał prawie jeden dzień gratis.

Trasy w sumie ciekawe, urozmaicone, choć często na samej górze były chmury i nic nie było widać. Wtedy lepiej było zostać na wysokości stacji pośredniej gondoli i tam poćwiczyć czarną trasę. Absolutnie nie warto w ciągu dnia zjeżdżać na sam dół bo trasa długa i nudna, wypłaszczona, czasami trzeba kijkować. Wystarczy raz dziennie, na powrót do domu. Jak przestało padać to trasy, były już dobrze przygotowane i wyratrakowane. Nie jesteśmy miłośnikami snowbordu, ale jakiś fun park też był, i dość dużo snowboardzistów było na stokach, więc pewnie nie jest źle. Początkowo planowaliśmy spędzić kilka dni w Bansku a potem pojechać na narty do Pamporova, ale w sumie świetna lokalizacja hotelu, bliskość stoku i dobre warunki skłoniły nas do pozostania w Bansku na cały czas.

Nie możemy porównać zatem Banska do Pamporova. Może i moglibyśmy porównać do Borovets’a ale tam byliśmy w 2004 roku, to jak tysiąclecie temu. Struktura ośrodka jednak podobna, jedna centralna gondola, wyciągi na górze i tłumy Brytyjczyków. W tamtym czasie infrastruktura towarzysząca w Borovets’u była mniej niż uboga, jeden drewniany barak konsumpcyjny i jedna sławojka na cały stok (ale nie było przy niej tłoku bo sam zapach zabijał na dystans metrów…) Tutaj, w Bansku, wszystko jak w Alpach, knajpy, toalety w dobrym standardzie a ceny nie zabijające, np. grzane wino na stoku = 10 lewa (ok.25zł). Piwo było tańsze.

Z kuchni w apartamencie raczej nie korzystaliśmy, śniadanie było wyborne a wieczorne wyjście do knajpy atrakcyjne kulinarnie i rozsądne cenowo. Typowy obiad na czworo, z kilkoma butelkami wina, to wydatek rzędu 100zł/osobę. Bardzo duży wybór restauracji, gospód czy barów  ale mimo to warto jednak wcześniej sobie rezerwować stolik, szczególnie w tych lepszych.  Nam bardzo przypadły do gustu (też z polecenia) „Casa di Papi”, „White lavina” i „Five Points”. Zdecydowanie natomiast odradzamy wizytę w „Vekov food” niby gra ładna muzyczka na żywo ale tłoczno, kelnerzy okropni a żarcie odgrzewane w mikrofalówce i to nie do końca… Sklepy czynne 24h, kantory co krok i tłumy na ulicach.

W sumie jakbyśmy mieli polecać wyjazd na narty do Banska, to jednak na Tak, szc zególnie dla młodych ludzi, dla których narty nie są jedynym celem zimowej eskapady. Nie jest to oszałamiający ośrodek, ilość tras w porównaniu, do równie odległych od nas Włoch czy Francji, nie rzucająca na kolana, lecz na pewno taniej i mniejszy tłok na stoku na nartach czy też w knajpach. W sumie największym minusem to chyba dojazd, niby tylko 1400km, podobnie jak do Włoch lecz po drodze granice Serbii z Węgrami i Serbii z Bułgarią dodają extra kilka godzin do czasu podróży. Autostrady prawie całą drogę choć płatne, i to nie mało (razem wyszło 450zł), to i tak tańsze niż „u Kulczyka”.

Droga w sumie wyszła drożej niż planowaliśmy, albowiem w wyniku wojny, ceny paliwa skoczyły aż do poziomu 8-10zł/litr a zamiast sześciu pojechało nas tylko czterech. Do tego opłaty autostradowe, winiety, końcowe mycie auta – wyszło 2500zł za przejechane ponad 3000km, plus koszt wynajmu busa, razem 3700zł, czyli 1550zł/osobę lub 1,25/km, jak kto lubi liczyć. Nawet przy 4 osobach, to w sumie się opłacało a przy planowanych 6 byłoby już całkiem super.

 

Ekipa, która brała udział w tej wyprawie

Andrzej Rojek
Robert Sibilski
Tomasz Urbanowicz
Zygmunt Maniaczyk